Szukaj:Słowo(a): zakon bonifratow ziola

Gdzie w Centrum lub na Zoliborzy sa sklepy zielarskie z ziolami
sprzedawanymi na wage. Bardzo prosze o informacje.



Polecam aptekę i przychodnię ziołoleczniczą zakonu Bonifratrów na
Sapieżyńskiej. W przychodni przyjmują ojczulkowie z wykształceniem medycznym
(opłata co łaska), w aptece mieszją ci te wszystkie zioła które przypisują
ojczulkowie. Zakon ma dość długie tradycje jeśli chodzi o ziołolecznictwo,
moja mama brała zioła od nich i była bardzo zadowolona.

Pozdr.

Ochódzki

Dwa tygodnie temu byliśmy w Łodzi w przychodni ziołolecznictwa, główny cel to zioła dla Jagódki na azs ( od przypadkowych osób dowiedzieliśmy się że przepisują tam zioła na alergię, jedna z pań w której rodzinie jest a właściwie był chłopiec z azs opowiadała, że chłopiec pił te zioła przez rok i wszystko ustąpiło....)
u nas jest tak, że Jagoda od kilku miesięcy nie ma candidy, asparagilusa, zeszła też lamblia ...ale utrzymuje się stan zapalny jelit - dr. Z zawsze przy wizycie sprawdza....
podaję stronę www.bonifratrzy.pl
Jagoda dostała zioła do picia ( 35 różnych ziół ) i do kąpieli ( 5 ziół ) - na dwa miesiące odpowiednio pół kilo i kilogram ....
tak sobie pomyślałam Ewo, że Twoje chłopaki też mogłyby spróbować tych ziół, szczególnie do kąpieli....one są przeciwświądowe....
jak będziesz coś chciała więcej wiedzieć to pytaj...
Witajcie,

Jestem z Krakowa,mam 24 lata i lecze się juz ok. 2 lata choc nie ukrywam,że większośc czasu nie podchodziłem do tego zbyt poważnie.Początki choroby pojawiły sie u mnie grubo 5 lat temu bólem jadra nie do zniesienia.Potem miałem 2 lata spokoju aczkolwiek zaczęły się problemy z przedwczesnym wytryskiem lub brakiem ochoty na seks.Obecnie obiecałem sobie,że wytrwam kuracje na ok 1,5 miesiąca Nolicin,Czopki Diclofenac 100 Prostamol UNO oraz następnie Furaginum żelazo plus magnez B6.
Byłem u 4 urologów i praktycznie każdy daje te same leki i stawia taka sama diagnozę.Musze jak najszybciej zrobic wymaz.

Zapisałem się na siłownie,uważam co jem,zero używek i jak to nie poskutkuje to już sam nie wiem .

W przyszłym tygodniu idę do zakonu Bonifratów bo podobno ich zioła dają rewelacyje rezultaty także na pewno spróbuje i napisze.

http://www.bonifratrzy.pl/bf_dziela_kra.html

pozdro dla wszystkich
Moja córa piła ziółka przez pierwsze dwa i pół roku i faktycznie trochę pomagały. Były to ziółka od Bonifratrów. W zakonie przyjmuje lekarz - zakonnik. Zioła miały za zadanie przedłużyć remisję i niczego innego mi nie obiecywano. Podobno wspomagały resztkowe działanie trzustki. Faktycznie gdy przez kilka dni Ewcia ich nie piła cukry siadały. Nic magicznego, ale w to akurat wierzę. Natomiast gdy remisja się skończyła dzięki jakiejś grypie żoładkowej skończyliśmy z ziólkami, tak z resztą jak mówił Bonifratra, bo trudno wspomagać coś co nie istnieje...
Aha, ziółka w przeciwieństwie do różnych cudownych specyfików były naprawdę b. tanie.
Nie rozumiem,dlaczego tak jednoznacznie można powiedzieć,że homeopatia,ziołolecznictwo jest złe, nasiąkniete jakimiś złymi mocami i jedyny składnik jaki może leczyć z ziół to nasza wiara w niego- sugestia.
Przecież nie od dziś wiadomo jak wiele cennych i mało szkodliwie działających na nasz organizm składników pochodzi własnie z ziół.
Syntetyczne leki,farmaceutyki z apteki na jedno pomagają, na kilka innych szkodzą, mało tego jak wiele było raportów opisanych również w prasie medycznej,że środki kupione z apteki - zwłaszcza - te bez recepty, nie mają działania takiego jak opisane w informacji medycznej o leku.

Nie chcę poruszać w tej chwili tematu leczenia znachorek, czy podobnych uzdrowicieli,
ale chodzi mi np. o Zakon Bonifratrów.
Zakon Księży ,którzy od setek lat zajmują się ziołolecznictwem,
leczeniem i posługiwaniem chorym

Działalność tego zakonu jest również zła?

Mam swoje zdanie na temat ziołolecznictwa,doświadczenia osobiste i bliskich mi osób,
sama osobiście nie uważam, aby ziołolecznictwo było złem,staram się zachować zdrowy umiar i rozsądek, stąd moje zadane pytanie....
Witam

Mogę podzielić się własnym doświadczeniem.
W wieku 16 lat wykryto u mnie RZS, mama zawsze była przeciwna połykaniu leków, dlatego na własną rękę przerywałam przyjmowanie leków. mniej więcej w wieku 18 lat doprowadziłam się do tekiego stanu, że nie mogłam przykucnąć ani klęknąc, ukroić chleba, naciągnąc kołdry itd.. na pewno to znacie.
Dowiedziałam się wtedy o o. Bonifratrach z Łodzi i tata mnie tam zabrał. Ojciec lub lekarz przyjmuje w gabinecie i każdemu sporządza indywidualne mieszanki ziół dopytując się o choroby, dolegliwości itd. Oprócz tego mają tam mase różnych kropelek, maści i innych rzeczy.
Wyjazd troche kosztował, ale opłaciło się, stawy przestały boleć i wróciły do dawnej ruchomości. Niestety nie pamiętam po jakim okresie czasu przestały boleć, ale na długi czas zapomniałam o bólu. niestety w końcu zapomnialam o ziołach (ojców trzeba co kilka miesięcy odwiedzać). W tym roku znalazłam na necie zakon o. Bonifratrów w Warszawie. Wybralam sie do nich i pani doktor powiedziala, ze poprzednim razem mialam bardzo mocne zioła. Widocznie dala mi duzo slabsze bo juz pije 3 miesiące i nie pomagają.. przynajmniej nie znacznie. chyba wybiore sie znow do nich i poprosze o mocniejsze, bo nie chce przez cale zycie pić lekarstw coraz to mocniejszych..

Podsumowując polecam Bonifratrów, ale lepiej tych z Łodzi

Pozdrawiam
Witam !!
Jestem tutaj nowy i jeszcze nie zdążyłem zapoznać się ze wszystkimi postami, ale napewno je przejże, narazie piszę tego ponieważ strasznie mi zależy na czasie.
Mój tata 3 lata temu dostał pierwszego ataku Meniera, poczym poprzez kontat, również internetowy zostaliśmy skierowani do zakonu Bonifratów. Tam przepisano mu zioła lecznicze, które mu pomogły i zaspokoiły bóle. Po około roku czasu czuł się tak dobrze że odstawił zioła i teraz choroba znowu powruciła. Niewiem co robić, czy nadal je łykać, i czy powrót choroby może coś oznaczać ??
Proszę o kontakt i informacje jak można jeszcze się leczyć ?

Z poważaniem,
Jakub Maleta.
Niestety, nie znam Łagiewnik łódzkich
Zawsze można to nadrobić, chociażby tej stronce, Wikipedii, lub stronie UMŁ Łódź.

ech, ta Łódź, cóż to ostatnio za magiczne miejsce jest? Niemal pępek świata
Łódź jest od dłuższego czasu magicznym miejscem, tylko od niedawna się o tym głośno mówi Nie jest to pępek świata, ale niemal środek Polski (Piątek koło Łęczycy, geometryczny środek Polski, znajduje się 33 km na północ od mojego miasta ). Łódź jest magiczna jeszcze w inny sposób - poprzez bycie centrum okultyzmu w kraju

"łagiewnicki" kojarzy mi się z pierwotnym zastosowaniem tego słowa, kiedy to politycy PO przyjechali do Krakowa-Łagiewnik na "rekolekcje" (a w rzeczywistości zamanifestować, że też mają swój elektorat w Kościele, o czym nie omieszkał donieść niezawodny Jan Maria).
Może nie tyle pierwotnym, co bardziej lokalnym zastosowaniem, gdyż "kosciół łagiewnicki" w rozumieniu Łagiewnik łódzkich ukończono w 1726 roku, a tamtejszy klasztor w 1746 r. Dwieście lat temu był nawet słynniejszy od samej Łodzi, o której mówiło się - "to takie miasteczko koło Łagiewnik."
"kościół łagiewnicki" w rozumieniu krakowski, powstał w 1889, zresztą jako klasztor dla Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i kaplica - a nie kościół.

Ogólnie rzecz biorąc, jeśli ktoś ma problemy w swej parafii np z ochrzczeniem dziecka z nieślubnego związku, to w Łagiewnikach ten problem znika.

Przy okazji przypomniał się mi drugi wyjątek od mego antyklerykalizmu - mianowicie Zakon Bonifratrów. Nieraz kurowałem się ziołami u nich zakupionymi. Ciekawostką jest to, że jeszcze nie spotkałem lekarstwa tychże braciszków nie zawierającą alkoholu
Witam
Od jakiegos czasu zastanawiam sie nad wlaczeniem ziolek do mojej kuracji. Szukajac informacji na ten temat trafilam na stronke Zakonu Bonifratow http://www.bonifratrzy.pl/. Naskrobalam maila z zapytaniem o preparaty ziolowe stosowane przy leczeniu rzs, po kilku dniach otrzymalam odp.

W Przychodni Ziołoleczniczej Konwentu Bonifratrów w Łodzi leczone są ziołami wszystkie dolegliwości i schorzenia, mamy herbaty wzmacniające, pobudzające oraz specjalne mieszanki na odchudzanie. Niewątpliwie najkorzystniejszą formą kontaktu dla pacjenta jest przyjazd do naszej przychodni, gdyż gwarantuje on postawienie dokładnej diagnozy przez lekarza. Lekarz proponuje mieszankę ziołową indywidualnie dla każdego pacjenta zgodnie
z jego potrzebami ( mile widziane wyniki badań pacjentów). Jeśli Pacjent jest poważnie chory,
w jego imieniu może przyjechać członek rodziny z dokumentacją medyczną chorego oraz aktualnymi wynikami badań.
Wizyta jest bezpłatna (można złożyć dobrowolną ofiarę do puszki znajdującej w gabinecie lekarskim), przychodnia czynna jest od poniedziałku do piątku od 8.30 do 17.30, nie ma wcześniejszej rejestracji pacjentów, każdy kto w danym dniu zgłosi się do przychodni na pewno zostanie przyjęty. W przypadku przyjazdu do przychodni zorganizowanych grup liczących do 10 osób, nie ma konieczności informowania o ich przyjeździe lekarzy. Jeśli grupa liczy ponad 10 osób, wskazane jest wcześniejsze telefoniczne poinformowanie o przyjeździe pacjentów. W sobotę przychodnia wraz z apteką czynne są od 9.00 do 14.00.

Niestety, nie prowadzimy wysyłkowej sprzedaży leków ziołowych.
W razie niejasności prosimy o kontakt telefoniczny: (042) 68 55 100.

Wyglada to sensownie, tym bardziej ze od osoby ktora zajmuje sie ziololecznictwem dowiedzialam sie, iz ziola powinny byc dobierane indywidualnie. Ciekawa jestem czy ktos z Was mial doczynienia z takimi "ziolkami" Ja niestety jeszcze jestem zbyt daleko...ale jak wroce, to z pewnoscia odwiedze Bonifratow z wrocka.
A moze by tak zebrac te wszyskie kuracje ziolowe w jednym miejscu :?:
Moze Ci, ktorzy wiedza i stosuja ziolka podziela sie swoimi spostrzezeniami z reszta? Wydaje mi sie, ze jest tutaj wiele osob ktore poszukuja takowej wiedzy...
Pozdrawiam
A oto artykuł znaleziony na portalu medycznym.

Z kraju; 2008-12-30 ["Polska"]

Huba nie leczy raka!

Specjaliści biją na alarm: wywar z huby może spowodować martwicę wątroby i śmierć. W łódzkich przychodniach pojawiły się ostrzeżenia przed paramedykamentami, do których należy wywar z rosnącego na drzewach grzyba.

Hubę jako specyfik antynowotworowy wychwalają nie tylko domorośli znachorzy na forach internetowych. Wywar z grzyba poleca się także w poradniach Bonifratrów.

Marcin Samosiej, specjalista chorób wewnętrznych, kierownik poradni ziołoleczniczej przy konwencie bonifratrów w Łodzi, przyznaje, że zaleca się stosowanie huby, ale jedynie jako preparatu wspomagającego podstawowe leczenie onkologiczne. Samosiej zastrzega też, że pacjenci stosujący hubę proszeni są o kontrolne wizyty w przychodni.

Jednak zdaniem prof. Haliny Wysokińskiej z Zakładu Biologii i Botaniki Farmaceutycznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi to może nie wystarczyć.

- Nie ma żadnych badań klinicznych, które potwierdzałyby skuteczność huby jako środka antynowotworowego czy wspomagającego walkę z rakiem - argumentuje prof. Wysokińska. - Związków huby nie ma w żadnym oficjalnie dopuszczonym w Polsce preparacie leczniczym. Jej przedawkowanie i długotrwałe używanie może się okazać zgubne dla wątroby.

Stosowanie huby zdecydowanie odradza również prof. Anna Płużańska, kierownik kliniki chemioterapii łódzkiego Uniwersytetu Medycznego w szpitalu im. Kopernika. Podkreśla, że wywar jest toksyczny.

Jako dowód prof. Płużańska podaje drastyczny przykład pacjenta, który mimo całkowitego wyleczenia z ziarnicy złośliwej - nowotworu układu krwiotwórczego - zmarł, bo zażywał hubę. Wykazała to sekcja zwłok.

W wyniku szczegółowego dochodzenia okazało się poza tym, że pacjent wyznał podczas wizyty u lekarza, iż codziennie wypijał napar z 10 gr huby. Taką kurację poleciła mu osoba zajmująca się ziołolecznictwem.

Hubę można bez problemu kupić w aptece bonifratrów w Łodzi. Paczka kosztuje 5 zł. Z kolei w stołecznej aptece braci proszek z pasożytniczego grzyba jest niedostępny. Brat Jan Ścieranka, przeor konwentu bonifratrów w Warszawie, przekonuje, że specyfiku w ogóle nie sprzedaje się w zakonnym sklepie z ziołami.

Wystarczy jednak zadzwonić do apteki i zapytać o hubę, a obsługa odeśle klienta do... zakonu dobrych braci. Proszek z huby oferują też sprzedawcy w internecie. Za stugramowe opakowanie trzeba zapłacić 10 zł.

Marcin Kołakowski, dyrektor departamentu nadzoru w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, rozkłada bezradnie ręce. Okazuje się bowiem, że inspektorat nie kontroluje leków, których nie ma na oficjalnej liście preparatów leczniczych.

Kołakowski podkreśla, że może tylko apelować o rozwagę. Wyjaśnia, że niezależnie od związków, które nie wiadomo, jak działają w hubie, już samo odstawienie leków i zaufanie cudownym właściwościom grzyba może skończyć się tragicznie.

- Kłopot w tym, że odstawienie farmaceutyków często zdarza się u ciężko chorych, którzy niczym tonący chwytają się brzytwy - ostrzega Kołakowski.("Polska")
Andrzej Klimuszko urodził się 23 sierpnia 1905 r. na Białostocczyźnie. Rodzice - Wincenty i Zofia - zajmowali się rolnictwem. Warunki materialne były ciężkie, gdyż była to rodzina wielodzietna. Szkołę podstawową oraz gimnazjum, które prowadzili księża salezjanie, ukończył Andrzej w Różanymstoku. Idąc za głosem powołania Andrzej wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych we Lwowie. W 1925 r. rozpoczął nowicjat pod kierunkiem o. Kornelego Czupryka (późniejszego przełożonego o. Maksymiliana) w pięknie położonej, malowniczej miejscowości - Kalwarii Pacławskiej. Przez okres jednego roku nie tylko wtajemniczał się w przepisy zakonne i urabiał duchowo, ale mógł zaobserwować tysiące pielgrzymów, którzy przybywali na kalwaryjski odpust ze swoimi problemami, kłopotami, aby przed cudownym obrazem Kalwaryjskiej Pani pozostawić to wszystko i powrócić do domu duchowo wzmocnionymi.

W nowicjacie otrzymał Andrzej habit zakonny oraz nowe imię zakonne - Czesław. Po ukończeniu nowicjatu 8 września 1926 r. br. Czesław złożył pierwsze śluby zakonne. Zaraz też udał się do Lwowa, aby tam ukończyć gimnazjum. Nauka nie szła mu zbyt dobrze. Większe zdolności wykazywał w kierunkach humanistycznych, natomiast w dziedzinach ścisłych, a zwłaszcza w matematyce, pod względem uzdolnienia był ostatni. Gimnazjum X we Lwowie, jak sam stwierdził później o. Czesław, nie zanotowało w swojej historii bardziej tępego ucznia pod względem matematycznym niż Czesław. Profesorowie tylko ze współczucia stawiali mu zwyczajowo stopień dostateczny z minusem. Czesław bardzo przeżywał ten brak zdolności. [...]

Studia teologiczne odbył o. Czesław w zakonnym seminarium w Krakowie pod troskliwym i czujnym okiem o. magistra Samuela Rozenbajgera, późniejszego współpracownika św. Maksymiliana w Niepokalanowie japońskim. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk bpa Stanisława Rozponda 6 maja 1934 r. w Krakowie. Po święceniach przełożeni zakonni skierowali go do Gniezna, a potem do Wilna i Łagiewnik. Tuż przed wojną został przeniesiony do Warszawy.

Gdy wybuchła wojna, ze względu na własne bezpieczeństwo wyruszył z Warszawy do klasztoru franciszkańskiego w Kaliszu. W czasie tej podróży miało miejsce ciekawe wydarzenie. Na dworcu kolejowym w Łodzi ustawiło się kilku żandarmów i tłukło kolbami karabinów Polaków wysiadających z pociągu i podążających do wyjścia. Nie oszczędzano nikogo, ani starszych, ani klobiet, ani nawet dzieci. Widząc to o. Czesław zatrzymał się dłużej w pociągu z nadzieją, że żandarmi zaraz odejdą i będzie mógł spokojnie podążyć na nocleg do OO. Bonifratrów. Spóźnił się przez to i na ulicy nie spotkał już przyjezdnych ludzi. Dołączył jednak do szeregu ludzi udających się na nocleg do OO. Bonifratrów. Przed furtą klasztorną miało miejsce wydarzenie podobne jak na dworcu. Pijany żandarm sprawdzał dokumenty wchodzących ludzi, bijąc ich przy tym po twarzy.

O. Czesław nie miał przy sobie żadnego dokumentu. Zdawał więc sobie sprawę z tego, co wkrótce mogło się wydarzyć. Starał się zmobilizować wszystkie swe wewnętrzne siły. Tymczasem był coraz bliżej żandarma. Gdy przyszła jego kolej, nastąpił dziwny wypadek: żandarm zachwiał się nagle, odwrócił w stronę ściany i zaczął wymiotować. Zalękniony zakonnik wykorzystał ten moment. Bardzo szybko opuścił szereg i boczną furtką dostał się do klasztoru, gdzie spędził spokojnie noc. Był to [drugi] wypadek, kiedy o. Czesław dzięki wewnętrznemu nakazowi nakłonił drugiego człowieka do wykonania czynności zgodnie ze swoją wolą.

W kilka miesięcy po przybyciu do Kalisza został aresztowany przez gestapo. Szybko jednak zwolniono go pod warunkiem, że będzie do ich dyspozycji i że nie opuści miasta. W odpowiedzi na to o. Czesław wykupił bilet kolejowy i wsiadł do najbliższego pociągu, który jechał do Warszawy. Między Wartegau a Generalną Gubernią granica została zamknięta, zaś o. Andrzej nie posiadał przy sobie żadnych dokumentów. W Łodzi pasażerów wysadzili z pociągu żandarmi i zaprowadzili do poczekalni, gdzie wszystkich Polaków poddano szczegółowej rewizji. Do przedziału, gdzie siedział o. Czesław, nikt nie zaglądał. Po dwóch godzinach pociąg ruszył dalej. Wtedy dopiero zobaczył dwóch żandarmów, zdążających do przedziału, w którym siedział. W tak niebezpiecznej chwili wytężył wszystkie wewnętrzne siły, by ich w ten sposób obezwładnić. I cóż się stało? Jeden z nich szybko skierował się w stronę ubikacji, drugi zaś wszedł do przedziału, gdzie siedział o. Czesław. Zachowywał się jednak jakoś dziwnie, mówił niezrozumiałe rzeczy, mimo iż nie był pijany. Po chwili wyszedł z przedziału, a o. Czesław mógł bez żadnych przeszkód przekroczyć granicę. Był to trzeci wypadek, w którym o. Czesław wykorzystał swe możliwości, ale i zarazem ostatni. Z tego rodzaju sił już nigdy w życiu nie skorzystał, być może dlatego, że nie znajdował się więcej w tak tragicznej sytuacji.
Dla o. Czesława rozpoczęła się teraz droga pełna trudów, cierpień i załamań w poszukiwaniu prawdziwej rzeczywistości.

Zaraz po wojnie objął placówkę w Prabutach na Mazurach. Była to ciężka i odpowiedzialna praca, wymagająca wiele czasu i energii. Zadaniem o. Czesława było zorganizowanie życia oraz roztoczenie opieki nad ludźmi, którzy przybyli zza Buga w celu osiedlenia się na nowym terenie. O. Czesław nie miał więc czasu na zastanawianie się nad właściwościami, których Bóg mu udzielił. Z pewnością by o nich zapomniał, gdyby nie sytuacja powojenna, kiedy to wiele rodzin było rozbitych. Nie było prawie w Polsce rodziny, z której wojna nie wyrwałaby kogoś. Los tułaczy pozostawał nieznany najbliższym. Pytanie, czy on jeszcze żyje, a jeśli żyje - to gdzie, padało wszędzie. Czerwony Krzyż nie mógł sobie z tym poradzić. Część zatem tego trudnego zadania spadła na o. Czesława. Zaczęło się od kilku listów. Z każdym dniem jednak ich ilość wzrastała do tego stopnia, że sam zakonnik nie mógł już sobie poradzić z udzielaniem listownych odpowiedzi. Odmówił zatem przyjmowania listów w sprawach odszukiwania znajomych. Odpowiedzią na to były przyjazdy zrozpaczonych ludzi do Prabut. Wkrótce miejscowość ta stała się miejscem nieustannych pielgrzymek zbolałych ludzi, którzy chcieli dowiedzieć się o losie swoich najbliższych.

O. Czesław przyjmował każdego. Codziennie zadawał sobie jednak pytanie, czy to, co robi, jest fikcją czy też rzeczywistością, czy czasami nie okłamuje ludzi, pokładających w nim nadzieję. Okazało się, że była to rzeczywistość. Tym, co czynił, zainteresowała się prasa i naukowcy; zapraszano go więc na spotkania naukowe, sympozja, zjazdy i posiedzenia dotyczące zjawisk parapsychicznych. Dla o. Czesława była to męcząca droga życiowa. Kiedyś napisał: Aby dobrze zrozumieć przeżycia jasnowidza, musi się znać jego specyficzny charakter. Jasnowidz, jak każdy człowiek, może mieć mnóstwo wad, szkaradnych nawyków i życiowych załamań, ale musi posiadać mocną, niezachwianą, stałą i wielką miłość do ludzi oraz gotowość przyjścia im z pomocą w ich cierpieniach i potrzebach zawsze bezinteresownie, z serdecznym współczuciem. Cierpi on w tej samej skali, co cierpiący jego towarzysz ludzkiej niedoli... Jeśli jestem świadom, że w wieloletniej swej pracy o specjalnym charakterze bodajże jedną iskierkę radości wniosłem w skołatane serca ludzkie, to chyba nie żyję daremnie.

Od 1948 do 1952 r. z powodu trudności o. Czesław przebywał pod zmienionym nazwiskiem w pięknym franciszkańskim klasztorku u podnóża Tatr w Lubomierzu. W 1952 r. przełożeni wysłali go do Kwietnik w diecezji wrocławskiej, aby tam duszpasterzował wśród ludności jako proboszcz. Tam już "ujawnił się", mimo tego miał liczne i czasami bardzo ciężkie kłopoty z ówczesnym administratorem diecezji - ks. Lagoszem. O. Czesław przeżywał wówczas pewien kryzys, który jednak z pomocą Bożą zakończył się pomyślnie. W 1956 r. przebywał w Wyszogrodzie, a następnie do 1961 r. pracował w Nieszawie. We wrześniu 1961 r. przełożeni zakonni skierowali o. Czesława do pracy w klasztorze w Elblągu, położonym na wzgórzu wśród drzew i zieleni. Dla o. Czesława był to okres intensywnej pracy.

to kilka przykładów z okresu intensywnej działalności o. Klimuszki. W 1964 r. na jednym ze spotkań z lekarzami, profesorami medycyny o. Czesław przepowiedział katastrofalną powódź w północnych Włoszech. W kilka lat później przepowiednia ta dosłownie się sprawdziła: Rzeka Pad wylała, a o. Czesław będąc wówczas we Włoszech, mógł osobiście oglądać skutki tej katastrofy. W 1947 r. będąc w Olsztynie o. Czesław przepowiedział zgon kard. Hlonda, Prymasa Polski. Podał nawet przyczynę śmierci. Przepowiedział także zgon bp. Łukomskiego. Przepowiednia sprawdziła się. Kard. Hlond zmarł w październiku 1947 r., natomiast bp Łukomski, wracając z pogrzebu kardynała, zginął w katastrofie.

O. Czesław nie tylko przewidywał przyszłość, ale także czytał ze zdjęć. Z fotografii mógł rozpoznać charakter człowieka, jego losy życiowe, aktualny stan zdrowia lub predyspozycje psychiczne. W małym miasteczku o. Czesław został zaproszony przez zaprzyjaźnionego nauczyciela do znajomych. Podczas rozmowy nauczyciel poprosił dwunastoletniego syna znajomych o pokazanie swojej fotografii. Nauczyciel podając fotografię chłopca o. Czesławowi powiedział żartobliwie do rodziców: No, teraz wiele rzeczy dowiecie się o waszym synku, czym on będzie i jak się sprawuje. Rodzice słysząc to dziwnie zareagowali, zostali przygaszeni, stracili chęć do dalszej rozmowy. Patrząc na zdjęcie o. Czesław powiedział parę zdawkowych słów i wkrótce pożegnał gospodarzy. Wracając powiedział do nauczyciela: Ależ ten chłopak to przyszły bandyta. - Niestety tak - odpowiedział nauczyciel. - Już kilku chłopców w szkole podźgał nożem. Na porządku dziennym są brutalne bójki z kolegami.

Mieszkając w Kwietnikach, dowiedział się od mieszkańców, iż w obrębie jego domu znajduje się dużo zakopanych rzeczy. Pewnego dnia zauważył w pustej stodole na klepisku zapadniętą ziemię w formie leja i w tym miejscu odkopał radio. Równocześnie ukazały mu się w stodole trzy inne miejsca, gdzie były zakopane różne rzeczy. O. Czesław był więc jasnowidzem. Sam o sobie tak powiedział: Jasnowidz. Ilekroć słyszę ten wyraz pod moim adresem, zawsze odczuwam pewne nieprzyjemne zażenowanie. Albowiem pod tym mianem kryje się wielkie ryzyko, udręka i odpowiedzialność. Nie lubię tej nazwy, lecz muszę się nią posługiwać, gdyż nie znam zastępczej. Faktycznie na o. Czesławie spoczywała wielka odpowiedzialność. Po poradę zwracali się do niego nie tylko prości ludzie, ale i profesorowie, a także służby kryminalne. Każdy oczekiwał na rozwianie swoich wątpliwości, niepewności.

W czerwcu 1975 r. przedstawicielstwo pewnego czasopisma w Warszawie zwróciło się z prośbą do o. Czesława, aby wyjaśnił sprawę legendarnego partyzanta - majora Hubala. Konkretnie proszono o podanie miejsca, gdzie znajduje się jego grób. Patrząc na jego fotografię, zobaczył całą topografię terenu, gdzie odbyła się walka i śmierć bohaterskiego majora Dobrzańskiego o pseudonimie Hubal. [...]
Oprócz przewidywania i czytania ze zdjęć o. Czesław leczył także ludzi ziołami. Już od dziecka zajmował się ziołami i pozostawił po sobie 150 recept ziołowych na różne dolegliwości. Bardzo wielu ludzi skorzystało z jego porad, gdyż były one w ówczesnym czasie bardzo rewelacyjne i pozbawione rutyny.

Dzięki swoim zdolnościom parapsychicznym o. Andrzej ratował nie tylko swoje życie, ale i życie drugich. Nie był jednak przez wszystkich doceniany. W Polsce niektórzy dziennikarze dążyli do ośmieszenia osoby o. Czesława. Nazywano go złośliwie "szarlatanem". W 1948 r. przyjechał do niego pewien pan prosić o informację o swoim synku, o którym nie miał wiadomości od rozpoczęcia wojny. O. Klimuszko popatrzył na zdjęcie i powiedział zainteresowanemu, iż widzi go jadącego na motocyklu z Łunińca do Puńska. W drodze zakrywa go jakaś gęsta chmura, z której już się nie wynurza. o. Czesław stwierdził zatem, że chłopiec nie żyje. Po tych słowach człowiek ów zerwał się nerwowo z krzesła i zaczął przepraszać o. Czesława za to, że przyjechał tutaj zdemaskować go jako oszusta, że zrobił zakład z kolegami, iż uda mu się ośmieszyć o. Czesława. Sprawa syna była rzeczą drugorzędną, a zakonnik doskonale wszystko wyjaśnił. Podobnych ludzi było wielu. Byli jednak i tacy, którzy sporo zawdzięczali o. Klimuszce. Do takich ludzi zaliczymy Polaków mieszkających w Monte Carlo, którzy po wizycie o. Czesława w tym mieście w 1975 r. tak napisali:

[...] Ogromnie cieszyła nas atmosfera zainteresowania wokół osoby Czesława Klimuszki. Specjalnością znanego jasnowidza jest, jak wiadomo, odnajdywanie zaginionych przedmiotów, ludzi, obiektów. Robi to właściwie bezbłędnie. Mogli się o tym przekonać w Monte Carlo wszyscy ci, którzy zetknęli się z nim osobiście. Przybywali do niego naukowcy pochodzący z różnych krajów, z najdalszych nawet zakątków świata. Przynosili fotografie osób, których jasnowidz ten nie znał i nigdy nie widział. Klimuszko opowiadał zaś o ich perypetiach życiowych, konfliktach rodzinnych i nękających chorobach, zadziwiając trafnością spostrzeżeń, dokładnością szczegółów. Tu już o jakimś zgadywaniu czy dopływie informacji innymi kanałami niż pozazmysłowe mowy być nie mogło. Wiedzieli o tym najlepiej przeprowadzający doświadczenia. Źle się więc stało, że niektórzy nasi dziennikarze doprowadzili w Polsce do ośmieszenia osoby wybitnego jasnowidza. Człowieka, który większość swego życia poświęcił bezinteresownej pomocy ludziom nieszczęśliwym, znikąd nie oczekującym już ratunku. Niedobrze się stało, że również naukowcy nie pofatygowali się do tej pory, aby zanalizować fenomen Klimuszki. Może i oni bali się ośmieszenia? Zapewne. Natomiast takich obaw nie mieli kierownicy zagranicznych placówek badawczych. Od tygodni do prywatnego mieszkania Czesława Andrzeja Klimuszki napływa bogata korespondencja ze wszystkich niemal kontynentów świata. Mnożą się zaproszenia do wzięcia udziału w psychotronicznych eksperymentach. Świat naukowy poruszony jest wyjątkowymi zdolnościami skromnego, bardzo zapracowanego, siedemdziesięcioletniego już prawie Czesława Andrzeja Klimuszki.

Niektórzy przewidywania o. Czesława przyjmowali jako żart. W 1978 r. zakonnicy dowiedzieli się z Dziennika, że papieżem został wybrany Albino Luciani, który przybrał imię Jan Paweł I. Wśród ogólnej radości tylko o. Czesław pozostał smutny. Dlaczego oni go wybrali? - pytał zdziwiony - przecież on za miesiąc umrze. Zakonnicy przyjęli to oświadczenie jako żart. Niestety po miesiącu pontyfikatu umiera Jan Paweł I. Po jego śmierci zapytano o. Czesława, kto teraz zostanie papieżem. - Teraz papieżem zostanie kardynał Wojtyła - odpowiedział rozradowany jasnowidz. Poczytano to jako miły żart, który rzeczywiście się spełnił.

Ludzie bardzo tłumnie gromadzili się u o. Czesława, szukając pomocy. Sam zakonnik stał się przedmiotem zainteresowania świata nauki, a szczególnie medycyny i psychologii. Brał zatem udział w różnych kongresach naukowych i spotkaniach, nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Jednak w ciągu ostatnich lat stan zdrowia o. Czesława, z powodu uciążliwej pracy, stopniowo ulegał pogorszeniu. Z wielkim trudem pokonał gruźlicę płuc, która bardzo osłabiła jego organizm. Można było zauważyć ogólne zmęczenie i wyczerpanie.

Na początku sierpnia 1980 r. o. Czesław przebywał w Lubomierzu. O. Anzelm Kubit stwierdził, że wyglądał on wówczas dość dobrze. Miał trochę sfałdowaną twarz, ale wyglądał na zdrowego, był pogodny, oczy miał żywe i bardzo ciekawie patrzył na świat. - Parę lat tylko - wspominał o. Anzelm - uczyłem go dogmatyki w Krakowie... później wyczuwałem, że wzrastał w kulturze. Wydelikatniał w obcowaniu z drugimi, znał wiele zagadnień z dziedzin jeszcze nie zbadanych dokładnie, wyczuwał w sobie nieszczęścia, szczególnie w czasie wojny, leczył nieraz osoby, które już opuścili lekarze. O współbraciach, którzy z pewnym lekceważeniem patrzyli na jego dziwną działalność, nic ujemnego nie mówił [...]. Gdy był parę razy w Krakowie, odwiedził mię w celi, zeznawał, że w jego akcji nie ma nic cudownego, ale chyba można wnioskować, że ludzie i rzeczy, których używają, emanują jakiś fluid, który przy swoim natężeniu psychicznym odczuwają, czy mogą zauważyć ludzie specjalnie wrażliwi [...]. Całą działalnością swoją zostawił po sobie wrażenie niezwykłego, niepospolitego człowieka. Zmierzała ona [...] do tego, aby ludziom przynieść radość, uwolnić ich od nieszczęść lub pocieszyć przynajmniej. Nie znałem go dokładnie, w szczegóły nie wchodzę, ale chwycił mnie mile ten jego postęp ku dobremu, wzrost duchowy, który nie tak często widoczny jest w życiu zakonnika, jego rozwój miłości bliźniego, aktywność, by coś dobrego więcej zrobić, a przy tym urabianie siebie samego [...].

Dnia 22 sierpnia 1980 r. przewieziono o. Czesława do szpitala. Tam wyspowiadał się, przyjął komunię św. i z pogodą ducha oczekiwał na spotkanie z Panem. W poniedziałek 25 sierpnia w godzinach rannych jego współpracownik - o. Lucjusz Chodukiewicz - udzielił mu sakramentu namaszczenia chorych i odpustu na godzinę śmierci. Tego samego dnia po południu, po życiu wypełnionym służbą bliźniemu, Pan zabrał swojego sługę Czesława. Wierny syn św. Franciszka, "Samarytanin w habicie", odszedł po wieczną nagrodę do Tego, od Którego otrzymał życie i te wszystkie niezwykłe dary, którymi umiał się dzielić z bliźnimi przez ponad siedemdziesiąt lat.

Uroczystości pogrzebowe odbyły się 28 sierpnia w Elblągu. Mszy św. pogrzebowej przewodniczył bp Jan Obłąk wraz z pięćdziesięcioma kapłanami. Trumnę oblegali ludzie, którzy pragnęli uścisnąć i ucałować ręce zmarłego. Mimo zastoju komunikacji, na dość odległym cmentarzu zgromadziło się ok. 8 tys. ludzi. W ten sposób pragnęli oni podziękować o. Czesławowi za wielką miłość, jaką im okazywał.
O. Czesław powiedział kiedyś bardzo znamienne słowa, które określały jego działalność i to, jak siebie oceniał: Sława dla głupców jest odurzającym narkotykiem... mnie rozgłos przyniósł najpierw zaskoczenie, potem rozczarowanie, wreszcie udrękę ciężaru odpowiedzialności wobec ludzi.
Św. Jan Boży przyjął jako zasadę leczenie człowieka całego, leczenia jego duszy i ciała, stanowiących od chwili stworzenia nierozerwalną całość.

Fragmenty wystąpienia w Centrum Fitoterapii w Gdańsku 31 marca 2003 r.

W XVI w. pojawił się na horyzoncie jak najpiękniejsza gwiazda zakon bonifratrów, który w sposób szczególny, zajął się ziołolecznictwem. Otrzymał niemal dar nadprzyrodzony od Boga - charyzmę w leczeniu środkami roślinnymi.

św. Jan Boży - Juan Ciudad
św. Jan Boży - Juan Ciudad
Juan a Deo
Założycielem bonifratrów był św. Jan Boży - Juan Ciudad. Urodził się w Montemor o Novo, niedaleko Lizbony. Jako dziecko opuścił rodziców i powędrował kilkaset kilometrów z obcym człowiekiem. Dotarł do Oropezy w Nowej Kastylii. Tam u zarządcy wielkich dóbr nauczył się czytać, pisać i zdobył wiadomości, które pozwoliły mu później pełnić funkcję zarządcy majątku. Brał udział w wielu wojnach. W armii Karola V poznaje z wojskiem Europę. Porzucił wojsko i odwiedził miejsce urodzenia, następnie udał się do Gibraltaru, stamtąd do północnej Afryki. Pracował przy budowie twierdzy w Ceucie i cały zarobek oddawał na utrzymanie wygnanej z kraju rodziny, obcych mu ludzi. Dzięki jego pomocy rodzina przetrwała. Wrócił do Gibraltaru, gdzie zajmował się rozprowadzaniem książek o treści religijnej i moralnej. Osiadł na stałe w Granadzie. Pod wpływem kazania św. Jana z Awilii, wygłoszonego w Granadzie 20 stycznia 1540 r., nawrócił się gwałtownie i w pełni. Doznał łaski rozpoznania swego powołania. Trafił do szpitala dla obłąkanych. Tam widząc cierpiących i chorych, opiekował się nimi. Wychodząc ze szpitala, wiedział już co i jak ma robić. Zaczął organizować opiekę dla cierpiących na różne choroby. Była to zapowiedź przyszłego szpitalnictwa.

Dobrzy bracia
Pierwsza wspólnota braci miłosierdzia powstała w Granadzie w 1540 r. Zgromadzenie erygował w 1571 r. Pius V. Zaczęły powstawać wspólnoty w innych państwach. Bracia miłosierdzia, inaczej zwani dobrymi braćmi (bonifratrzy), zyskiwali poparcie możnych i wdzięczność ubogich. Powstawały nowe fundacje. W 1624 r. Urban VIII udzielił pełnej egzempcji włoskiej kongregacji zakonnej. Dzięki staraniom włoskiego zakonnika br. Benedykta Menni zastaje powołana ponownie do życia prowincja hiszpańska. Św. Benedykt w 1867r. otworzył szpital w Barcelonie i wkrótce potem 14 nowych placówek. Założył też nową wspólnotę żeńską - Sióstr Szpitalnych od Najświętszego Serca Jezusa - opiekującej się chorymi.

Podstawą zioła
Bonifratrzy od początku swojego istnienia jako podstawowe środki lecznicze przyjmowali zioła. Brak dokumentacji uniemożliwia udowodnienie tezy o wiedzy, doświadczeniu i praktycznych umiejętnościach z lecznictwa, posiadanych przez św. Jana Bożego. Jednak znajomość pewnych faktów z jego życia skłania do przekonania, że była to postać nieprzeciętna nie tylko pod względem głębi przeżyć, ale też zasobu posiadanych wiadomości. Jego wędrówki - samodzielne oraz jako rycerza - żołnierza (po Europie i Afryce) wiele go nauczyły i rozwinęły intelektualnie. Służąc w wojskach cesarzy, stykał się z rannymi i umierającymi. Prawdopodobnie udzielał im pomocy. Po przyjeździe do Granady w ciągu krótkiego czasu potrafił zorganizować na zupełnie nowych zasadach placówki szpitalne, opiekę nad ludźmi najbiedniejszymi i leczenie ich. Rozpoznał obłąkanie jako chorobę, a nie jako karę. Św. Jan Boży przyjął jako zasadę leczenia człowieka całego, leczenia jego duszy i ciała, stanowiących od chwili stworzenia nierozerwalną całość. Postanowił leczyć każdego człowieka - niezależnie od rodzaju jego choroby, sytuacji materialnej i osobistych potrzeb; leczyć miłością i życzliwością, jednocześnie stosować terapię środkami naturalnymi, ziołami i odpowiednimi pokarmami - tym, co zgodnie z Księgą Rodzaju Bóg dał człowiekowi dla jego wygody.

Polskie początki
Do Polski bonifratrzy dotarli na początku XVII w. W 1608 r. król Zygmunt III Waza zachorował na tzw. febrę, która wówczas przeważnie kończyła się śmiercią. Za radą cesarza Ferdynanda II Habsburga chciał zasięgnąć porady lekarza rezydującego wtedy na wiedeńskim dworze. Lekarzem tym był brat Gabriel z zakonu bonifratrów. Był on potomkiem arystokratycznego włoskiego rodu Ferrarów, człowiekiem wykształconym w nowoczesnych włoskich uniwersytetach, przyjacielem i doradcą papieży i europejskich władców. Tworzył i organizował pierwsze w monarchii habsburskiej zakłady szpitalno - zakonne bonifratrów (m.in. w Wiedniu, Grazu, Pradze). Brat Gabriel został wezwany do Zygmunta III i wyleczył szczęśliwie króla z choroby, a monarcha w dowód wdzięczności sprowadził do Krakowa pierwszych bonifratrów. Krakowski patrycjusz Walerian Tamburini Wilczogórski w 1609 r. oddał do dyspozycji konwentu swój dom przy ul. św. Jana. Wkrótce dołączono budynek sąsiedni i już w 1610 r. powstał szpital na 12 łóżek.Bonifratrzy w przeciwieństwie do innych tzw. "braci szpitalnych" (duchacy, lazaryci) przynieśli ze sobą ogromną wiedzę opartą na rzetelnych, nowoczesnych studiach medycznych. Szczególną ich specjalnością było leczenie metodami naturalnymi, ziołowymi. W 1611 r. powstał konwent i szpital bonifraterski w Zebrzydowicach. Fundatorem był Mikołaj Zebrzydowski, marszałek koronny. Sprowadził on braci do ufundowanego wcześniej szpitala i wybudował dla nich kaplicę pod wezwaniem św. Floriana. Konwent i szpital przetrwały do dzisiaj, mimo różnych trudnych sytuacji: pożarów, zaborów, okupacji niemieckiej i prześladowania w czasach komunizmu.W 1635 r. biskup wileński Abraham Woyna powołał do życia kolejną placówkę bonifratrów. Przekazał im kościół św. Krzyża. Klasztor i szpital rozwinęły działalność dobroczynną i ziołoleczniczą, służąc pomocą ludziom miasta i okolicznym wsi. Działalność trwała do kasaty zakonu w 1843 r.

Dzieło prof. Muszyńskiego
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. bonifratrzy w Wilnie nadal rozwijali ziołolecznictwo. Przyczynił się do tego prof. Jan Muszyński (1884-1957) - znany farmakolog, który wówczas wykładał na uniwersytecie im. Stefana Batorego. Wierzył w skuteczność leczenia ziołami i przepowiadał wielką przyszłość terapii naturalnymi środkami leczniczymi pochodzenia roślinnego. Jego uczniem był

ojciec Mariusz Skweres
To on zajmował się leczeniem ziołami w wileńskim klasztorze bonifratrów i to on, przetrwawszy lata okupacji niemieckiej i sowieckiej, przekazał swoją wiedzę, doświadczenie i recepty konwentowi łódzkiemu.

W Warszawie
Klasztor bonifratrów św. Andrzeja w Warszawie ufundował podskarbi wielki koronny Bogusław Leszczyński, osadzając zakonników na Lesznie. Klasztor wspierał materialnie i moralnie opat płocki,później biskup kijowski ks. Tomasz Ujejski. Obecnie bracia prowadzą przychodnię ziołoleczniczą i Dom Rehabilitacyjno - Opiekuńczy przy ul. Sapieżyńskiej.

We Lwowie
ufundował klasztor i szpital Jan III Sobieski w 1659 r. W bitwie pod Wiedniem bracia towarzyszyli królowi, otaczając walczących opieką medyczną. Sobieski wraz z innymi monarchami katolickimi pisał do papieża Aleksandra VIII, prosząc o kanonizację sługi najuboższych Jana Bożego. Odbyła się ona w 1690 r. Bracia pracowali na terenie Lwowa do czasu kasacji zakonu przez Józefa II w 1783 r.Najbardziej znanym i zasłużonym lekarzem oraz działaczem społecznym wśród polskich bonifratrów był

brat Ludwik Perzyna
- żyjący na przełomie XVIII i XIX w. Do bonifratrów wstąpił w wieku 40 lat, nowicjat odbył prawdopodobnie w Warszawie i tam złożył śluby czasowe na okres 3 lat. Kilka lat był przeorem i lekarzem w szpitalu w Kaliszu, a po śmierci o. Paschalisa dyrektorem szpitala w Warszawie. Tę funkcję pełnił do 1793 r. W czasie insurekcji kościuszkowskiej pracował w Łowiczu, lecząc rannych żołnierzy. Zetknął się z wybitnymi lekarzami tamtej epoki, m.in. z lekarzem austriackim Antonim Störkiem, z bonifratrem szwajcarskim Andrzejem Tissot. Czytał wiele dzieł lekarskich w języku niemieckim, francuskim i włoskim. Korzystał z najnowszej wiedzy i wprowadzał nowoczesne metody leczenia ziołami.

Konwent łódzki
powstał w 1925 r. Rozpoczęto od zakupienia małego domu z przyległym placem w robotniczej dzielnicy Chojny, gdzie obecność i praca bonifratrów była najbardziej potrzebna. Bracia chcieli wybudować szpital na 300 łóżek oraz ambulatorium wielospecjalistyczne. Wybuch wojny przeszkodził w zakończeniu budowy. Po wojnie władze komunistyczne odebrały szpital bonifratrom. W tym samym czasie władze sowieckie wygnały braci z konwentu wileńskiego. Zdołali przedtem zabrać zioła, recepty, dokumentację zielarską i zaczęli służyć mieszkańcom Łodzi. Chorzy zaczęli przyjeżdżać z całej Polski. Ojcowie wybudowali nowy budynek konwentu, gdzie mieściły się mieszkania zakonne. Łódzka poradnia ziołolecznicza była pierwsza. Potem uruchomiono ziołolecznictwo w Warszawie i w Krakowie. Obecnie poradnia ma gabinety, gdzie pracują bracia zakonni i lekarze świeccy. Od trzech lat szpital jest własnością dobrych braci. Przychodnia ziołolecznicza posiada własną aptekę, zatwierdzoną przez nadzór farmaceutyczny.

Tradycja i nowoczesność
Bonifratrzy stosują dziś preparaty roślinne na podstawie wielowiekowej tradycji jako mieszanki ziołowe - przeznaczone dla każdego pacjenta osobno. Recepty są kodowane, skład zastosowanych mieszanek można otrzymać w wydruku komputerowym. Ziół dostarczają braciom plantatorzy, którzy muszą przestrzegać norm uprawy.
Poradnia ziołolecznicza spełnia wszystkie tradycyjne wskazania dobrych braci. Pracownicy - zarówno zakonni jak i świeccy - starają się zobaczyć w każdym pacjencie oblicze Chrystusa, bez względu na to, czy jest on bezdomny, biedny, czy zamożny. Służą radą, pocieszają Bożą miłością, modlą się.
Starają się wyjaśnić choremu pacjentowi, że leczenie ziołami jest wspomagające, dlatego należy zażywać inne leki (zwłaszcza przepisane przez lekarzy betablokery, inhibitory, konwertazy, angiotensyny, czy - jeśli to konieczne - zastosować chemioterapię. Niekiedy pod opieką lekarza prowadzącego można zmienić dawkę preparatów syntetycznych, stosując zioła.
Zioła i mieszanki ziołowe stosowane systemem tradycyjnym działają łagodnie i powoli, mają szczególne znaczenie w leczeniu chorób przewlekłych, długotrwałych, nawracających - zwłaszcza w geriatrii, w stanach nerwicowych. Szczególną zaletą mieszanek ziołowych jest wielostronne działanie na organizm pacjenta, które uzyskuje się dzięki możliwości jednoczesnego leczenia kilku występujących dolegliwości. Leki roślinne zawierają bowiem wiele czynnych substancji pobudzających jedne układy, wyrównujących niedoczynność innych narządów. Jednocześnie dostarczają człowiekowi niezbędnych witamin, związków mineralnych i pierwiastków śladowych.
Leki roślinne nie wchodzą w kolizję z lekami syntetycznymi, niekiedy mogą wywołać objawy uboczne i wtedy należy skorygować skład mieszanki. Dzięki możliwości układania różnych kompozycji ziołowych w leczeniu tej samej choroby, niemal w każdym przypadku można dobrać odpowiednią i skuteczna mieszankę.
Leki ziołowe spełniają wielką rolę w profilaktyce zdrowotnej. Bonifraterskie mieszanki ziołowe są komponowane na podstawie kilkusetletniej tradycji. Zawartość i stosowane dawki ziół opierają się również na długoletniej, sprawdzonej praktyce lekarskiej.

dr Jerzy Pruszczyński

Więcej na www.panacea.com.pl.
Przeklejone ze starego forum:

robert [213.77.179.162] wyslane przez robert dnia 2005-05-29 15:27:40

witam mam prosbe do forumowiczow..prosze umieszczac tutaj posty od osob ktorzy skorzystali z pomocy ojcow..i ktorych czy tych z lodzi czy z wrocka..czy leczenie przynioslo efekt?po jakim czasie?nie chodzi mi tylko o memniera z klasycznymi objawami tylko o wiadomosci od osob ogolnie cierpiacych na zawroty glowy,aha no i czy od razu poszli do ojcow czy najpierw byli w szpitalu na badaniach??moje gg to 2396477 jak nie to prosze odpisywac tutaj

________________________________________________________

Krzysztof [195.136.107.250] wyslane przez Krzysztof dnia 2005-05-30 00:37:53

po wielu drogich badaniach i bezefektowym leczeniu, za radą tego Forum pojechałem do Łodzi, zostałem przyjęty przez dyżurnego Zakonu Bonifratrów i dostałem receptę na zioła, które stosuję z duzymi efektami cały czas, poprawa nastapiła niemal natychmiast, od przeszło roku nie miałem ataku z wymiotami, mam co prawda gorsze dni ale to już nie jest to samo co dawniej
--------------------------------------------------------------------------------

robert [213.77.179.162] wyslane przez robert dnia 2005-05-30 15:35:26

no ja wogole przy mojej chorobie wymiotow nie mialem,w drugiej jej odslonie ktora trwa od ponad miesiaca ataki nie sa mocne..mialem ich w sumie 3 tzn lekkie zawirowania,ale mam problem ze spaniem gdyz teraz gdy te upaly to caly czas mi sie wydaje ze plyne statkiem...a wiesz..szkola,znajomi,jazda samochodem(jestem bardzo dobrym kierowca) lezy..mam od srody odstawic betaserc, ktory fakt bardzo jest ociezaly w pomaganiu..ale jakos mnie trzyma.i po weeekendzie isc na badania..ale z tego co wyczytalem na forum to te badania blednikowe sa bardzo niedokladne i bardzo zaleza od nadstawienia pacjeta w mlodosci gdy chorowalem to byly epizody ale normalnie moglem funkcjowwac mialem proby kaloryczne i je przerwano bo dostalem mocnych zawrotow..a co bedzie teraz jak jest mi gorzej?:(powiedz mi krzystofie czy mzoesz normalnie funkcjonowac w zyciu poza domowym??podrozowac??wlasnym samochodem badz komunikacja miejska??
--------------------------------------------------------------------------------

Monika [213.17.170.68] wyslane przez Monika dnia 2005-05-31 14:19:25

Witaj. Nie wiem czy to ma znaczenie ale ja w wieku dziecięcym miałam często zwirowania przy zasypianiu. Czułam się jakbym miała helikopterka. Po zamknięciu oczu czułam się jakbym zostałą wystrzelona z torpedy i czułam jak oddalam się z miejsca w którym leże. Po latach nastąpiły zawroty i ataki. Łapały mnie nawet podczas jazdy samochodem. MOgłam jednak kierować pod warunkiem, ze nie rozglam się zabardzo na boki. Teraz piję ziółka od Grandego od stycznia(kurację ojców z łodzi natomiast zaczęłam w listopadzie) Nie mam ataków w ogóle. Pozostał tylko szum zamieniający się czasem w huk. Mam też czasem takie otępienie ( czuję że od tego szumu usznego) ale to pozwala mi zyć i funkcjonować. Jeździć w dalekie podróże, jeździć samochodem, pić alkochol jak wcześniej. Muszę tylko uważać na to co jem i nie popadać w nowoczesną cywilizację.Ograniczać gotowe produkty m=a nawet eliminować je całkiem. CZuję się dobrze a Bonifratrzy satli się moim zbawieniem od tej choroby. Spiszę sobie twój nr gg i pogadamy zapewne na ten temat dokładniej.
--------------------------------------------------------------------------------

Asia [80.53.21.178] wyslane przez Asia dnia 2005-05-31 16:54:21

Witaj. Moja Mama od roku nie miała ani jednego ataku - wczesniej miewała je co drugi dzień (zawroty, wymioty, silne szumy). Jest na ziołach przepisanych przez Ojca Grande i zapomniała już jakie męki przeżywała przed kuracją. Serdecznie polecam wizyte w zakonie we Wrocku. Pozdrawiam cieplutko. Asia.
PS. Mama została zdiagnozowana na wrocławskich klinikach, także wyniki badań posiadała, lecz znam też osoby z różnymi schorzeniami, które poszły do Grandego bez badań, z samymi dolegliwościami i czuja się o wiele lepiej.
--------------------------------------------------------------------------------

robert [213.77.179.162] wyslane przez robert dnia 2005-06-01 20:19:12

dzis bylem u ojca jana w Łodzi mialem ze soba te badania ktore robilem na przestrzeni czasu dziwne bo ocena i dobor lekow zostala oparta tylko na rozmowie ze mna...dosc skromnej chociaz ojciec bardzo mily dostalem worek ziol i duzo kropelkow...monia czy z toba ojciec jak rozmawial jakos dokladniej??
--------------------------------------------------------------------------------

Monika [213.17.170.68] wyslane przez Monika dnia 2005-06-02 14:40:08

Witaj! Właśnie nie!!! Byłam trochę "niezaspokojona" bo jednak rozmowa dakje bardzo dużo. Ale leki pomogły. Sama zadawałąm pytania a on tylko mi odpowiadał, żebym się nie martwiłą bo to do wyleczenia
--------------------------------------------------------------------------------

robert [213.77.179.162] wyslane przez robert dnia 2005-06-02 14:59:11

uff to dobrze bo myslalem ze mnie olal troche chociaz ja bylem z mama bo narazie dziewczyny nie mam zeby mi towarzyszyla i sie potem tak rozgadal ze powiedzial zebysmy juz poszli bo inni czekaja:))heh i tak mielismy farta bo 10numerek a ojciec przyjmowal tylko do 12:15 potem juz jakis swiecki lekarz..ojciec jan jezdzi po poludniu na wizyty domowe do chorych wiec jak ktos sie wybiera do lodzi to niech pamieta ze musi byc raniutko..monika odezwij sie do mnie na gg badz podaj mi swoj ja gg mam wlaczone caly czas albo prawie caly czas tylko jestem niewidoczny aha byla tu na forum pani ewa ktora tez podala gg pisze do niej ze chce porozmawiac o chorobie ale mnie ignoruje moze mimo ze numer jest jej korzysta ktos inny aktualnie zakladam off topic nowy na temat kiedy czujemy sie gorzej i po czym mamy atak,badz w przypadku tych uleczonych kiedy mieliscie

>